To jest ostatni dzień podróży po Maroko na motocyklu w zasadzie 🙁 niestety.
Pobudka rano i piękne widoki, miasteczko Azrou jest u podnóża gór, więc widoki są pierwszej klasy.
Ponownie w hotelu nie mamy śniadania, więc trzeba sobie radzić na własną rękę 🙂 ale jak zawsze, to nie jest dla nas problem.
Jako że wstałem wcześniej (dziwne, prawda?) to kieruje się na miasto coś zjeść śniadaniowego, przy czym Mokry również mi towarzyszy.
Znajdujemy przydrożną kawiarnie, która wygląda najbardziej przystępnie i gdzie jest najwięcej tubylców – oznacza to że jest albo tanio albo smacznie, bo jak wiadomo, te dwa wyrazy rzadko kiedy idą w parze 🙂
Oczywiście z dobre 5 minut zajmuje złożenie zamówienia, bo ciężko się dogadać, w końcowej fazie zamawiam sobie omleta a Mokry ciacho, do tego bierzemy po białej kawce i soku ze świeżych pomarańczy. Siadamy sobie do stolika i jest totalny chillout, to jest to. Szczerze powiem że był to najlepszy poranek jaki miałem podczas całej wyprawy, całkowicie odizolowany od wszystkiego z pięknymi widokami. Co jakiś czas przejeżdża samochód który trąbi i kierowca się wita z którymś kolegą przy stoliku obok – widać że miasteczko jest małe i każdy się tutaj zna. Po chwili otrzymujemy zamówione dania. Okazuje się że mój omlet to nic innego jak 2 jajka sadzone zalane naturalną oliwą z oliwek podane w gorącym glinianym naczynku.
Pierwszy raz jem jajka sadzone „zatopione” w oliwie, ale jest to bardzo dobre połączenie – zwłaszcza ze świeżo wypieczonym chlebem, który również jest bardzo dobry.
Mokry dostaje ciacho które sobie wybrał i również jest zadowolony, to jest to czego oczekiwaliśmy 🙂 Kawa biała bardzo dobra i na zwieńczenie soczek pomarańczowy, naprawdę, idealnie wręcz 🙂 Delektujemy się przez paręnaście minut bo niestety trzeba wracać do hotelu, wyjazd tuż tuż a trzeba się jeszcze spakować i ruszać w drogę do Rabatu. Cenowo sympatycznie, ja za całe śniadanie swoje, czyli jaja sadzone, kawę i sok zapłaciłem coś w okolicach 14-15 zł 🙂 Mokry taniej, okolice 13 zł
Szybkie pakowanie w hotelu, płacenie i przygotowanie do podróży. Jak zawszę wzbudzamy zainteresowanie, część obsługi hotelowej nawet wychodzi pomóc, pooglądać i porobić zdjęcia, miłe.
Kaski na głowy i jedziemy. W drodze do Rabatu zahaczamy o Meknes chcąc zobaczyć bramę Mansura. W Meknes bez problemu znajdujemy mini parking ze stróżem, a następnie kierujemy się na nogach w stronę bramy. Oczywiście uliczki zapchane samochodami, nieustanny ruch i gwara, restauracyjki przydrożne zapełnione lokalnymi mieszkańcami, a my jak zawszę idąc w ciuchach motocyklowych wzbudzamy zainteresowanie 🙂
Przy bramie szybkie zdjęcia, okazało się, że jest remont muru przynależnego do bramy, co zresztą widać. Za wielkimi drzwiami jest tak jakby mini muzeum – oczywiście zero informacji po angielsku 🙂
Na przeciw bramy jest ogromny plac, na którego obrzeżach jest masa straganów z ozdobami i pamiątkami, my jako że jest to pora obiadowa wyszukujemy sobie restauracyjkę i składamy zamówienie.
Zamawiamy coś co ma w nazwie de lux/complete 🙂 ponoć mają to być frytki, jakieś warzywa i mięcho. W restauracyjce tej na środku jest grill, który obsługuje jeden kucharz (chociaż kucharz to pewno zbyt mocne słowo 🙂 ), on jest bowiem odpowiedzialny za przyszykowanie nam jedzenia (mięsa), co idzie mu bardzo zwinnie. W ogóle kelnerzy w tej restauracji działają jakby zaraz miał być koniec świata – wręcz ekspresowo, biegają jak opętani, da się tutaj wyczuć ewidentną walkę o klienta 🙂 nas to ogólnie cieszy.
Jedzenie smaczne, cena standardowa, cola 10 MAD, sok z pomarańczy 10 MAD, jedzenie w okolicach 55 MAD (przypominam, 1 MAD = około 0.38 groszy)
Posileni jedzeniem wracamy na parking, gdzie siadamy na motocykle i teraz już prosta droga do Rabatu.
Chcąc zaoszczędzić na czasie, decydujemy się jechać płatną autostradą. Cena to około 20 MAD, gdzie autostrada jest praktycznie od Meknes do Rabatu.
Jazda autostradą to żadna frajda w zasadzie, zero widoków, zero urozmaicenia, więc pokonujemy ten odcinek żwawo 😉
Po drodze (jadąc autostradą) mijamy 2 'obozowiska’ policyjne, ale nikt nas nie zatrzymuje 🙂 widać mają tutaj przychylne oko dla motocyklistów 😉
Przy bramkach końcowych, gdzie następuje płatność, mamy niemiłe zaskoczenie.
Podjeżdża do nas policjant na motocyklu i wyłania z naszej grup dwie osoby które „rzekomo” 🙂 złamały przepisy (wygrywają tutaj Tytus i Długi hehe). Robi się nieciekawo. Woła ich do siebie na „uroczyste wręczenie mandatu”, więc jadą na rozmowę.
My czekamy na ich powrót i informacje jak sprawa wygląda.
Po 10 minutach wracają i zdają relację: mandat 1100 MAD, bodajże na głowę (czyli jakieś 500 zł). Jednak jako że chłopy rezolutne, targowali się 🙂 Efekt częściowy był taki, że policjant chciał rękawice Długiego (Handroidy, jak widać od razu rzucają się w oczy), jednak Długi nie dał się tak łatwo i końcowe pertraktacje stanęły na kwocie 0 MAD (słownie ZERO) i uścisku dłoni 😀 jak widać urzekła policjantów historia, że zwiedziliśmy całe Maroko i wracamy, że wydaliśmy masę pieniędzy na pamiątki i suweniry 🙂
Ostatnie kilometry i jesteśmy w Rabacie.
Kierujemy się do hotelu gdzie nocowaliśmy za pierwszym razem – nikomu się nie chce szukać czegoś innego, wszyscy ucieszeni i szczęśliwi, udało się 🙂
Woki w ramach uroczystego zakończenia jazdy pali gumę, która i tak w zasadzie była dziurawa i na „wykończeniu”, za co otrzymuje oklaski od mieszkańców 🙂 jest ogień!
Maszyny parkujemy, my udajemy się do hotelu i jeszcze szybko ponownie na miasto, ostatnie zakupy za ostatni MADów, żeby pozbyć się waluty 🙂
Kierujemy się na targ, niestety jest dość późna godzina (20.30) więc większość pozamykana.
Trafiamy na jeden sklepik z suwenirami z cedru, gdzie wykazujemy zainteresowanie. Sklepikarz zaczyna nam robić ekspozycję towarów, jednak nie ma tego czego szukamy.
Nagle wpada na pomysł, że ma jeszcze coś, co może nam pokazać. Zabiera nas na wewnętrzny dziedziniec jednej z kamienic, gdzie nie ma dostępu normalnie, przy czym swój sklepik zostawił całkowicie bez opieki, jak widać mają tutaj zaufanie bądź wszędzie oczy 🙂
Okazuje się, że dziedziniec ma pomieszczenia, które są magazynami. Specjalnie dla nas otwiera 3 pomieszczenia i pozwala nam sobie przeglądać wszystko co chcemy, po czym znika na 15 minut zostawiając nas zupełnie samych 🙂
Zdjęcie mało wyraźne, bo robione z zaskoczenia 🙂 ale efekt tych pomieszczeń, wewnętrznego dziedzińca i ten zapach cedru, zapada w pamięci 🙂
Ze sklepikarzem dobijamy targu 🙂 po czym wracamy do hotelu na ostatni wieczór relaksu. Następnego dnia nas czeka pakowanie busów i powrót do Polski, jedyne 3500 km, więc trzeba się porządnie wyspać i zregenerować siły 🙂
