Przez całą Francję pogoda deszczowa. Na bramkach rzeźnia.
W całej Francji oraz Hiszpanii nie mogliśmy zapłacić naszą karta wyjazdowa (założona specjalnie na wyjazd), nie jest to wina karty jako że na stacjach benzynowych normalnie działała. W Hiszpanii żeby było śmieszniej żadna nasza karta nie przeszła, nawet visa. Czyli najlepiej mieć gotówkę i to raczej nie małą, jako że autostrady w Hiszpanii i Francji nie należą do tanich. Hiszpania pod kątem płatnych dróg to pogrom, więc w trakcie trasy nastąpiła zmiana planów i zdecydowaliśmy się jechać drogami bezpłatnymi. Decyzja okazała się bardzo dobra bo jakość dróg idealna. Szybkie zmiany za kółkiem co jakiś czas i lecimy.
Na prom udało nam się dotrzeć wcześniej więc pojawiła się szansa wcześniejszego promu. Po krótkich rozmowach miła pani powiedziała nam że nie ma problemu co nas ucieszyło.
Zostaliśmy skierowani na prom i mogliśmy chwile odpocząć. Na promie konieczne było uzupełnienie magicznych karteczek i otrzymanie pieczątek do paszportów. Kolejka do tej czynności była ogromna więc postanowiliśmy poczekać. Czekanie trwało chyba z 2 godziny gdzie prom już dawno zdążył dotrzeć. Ogólnie w skrócie ludzi ogrom a Pan bijąc początki jeden.
Uff udało się więc uciekamy z promu i kierujemy się do odprawy celnej. Tutaj kolejne jaja. Okazuje się że musimy zielone karty sobie wyrobić na motocykle, mimo że każdy z nas je posiadał, ale jak się okazuje to jakaś odmiana zielonej karty która upoważnia do jazdy, coś tu nie gra ale się kłócić nie będziemy. Chodzenia w kółko mieliśmy trochę jako że każdy nas posyłał do innej budki – to wyglądało tak jakby oni sami nie wiedzieli co robią, 6 ludzi nas obsługiwało i każdy mówił swoje. Wszystko by było okej gdyby nie problem z Tytusem. Okazało się że nie dostał jednej pieczątki w paszport, ale udało się to ogarnąć w miarę szybko (co mnie zdziwiło, bo jeden z ich wsiadł z Tytusem do auta i pojechał załatwić tą sprawę) i dalej już w trasę po Maroko. Widoki na drodze do Tangeru (do centrum) bardzo sympatyczne. Droga prowadzi nad wybrzeżem, kręta, wąska, czasami dość niebezpieczna, bo jak się okazuje wyprzedzanie na ślepym zakręcie 5 aut pod rząd to tutaj standard, zwłaszcza przez stare białe taksówki gdzie królują mercedesy typu beczka 🙂
W samym centrum kolejne jaja. Przepisy chyba tylko my staraliśmy się przestrzegać. Chaos jakich mało i to raczej będzie standard. Piesi się nie przejmują niczym w zasadzie. Przechodzenie na czerwonym świetle, przez rondo, skakanie na ciężarówki żeby podjechać kawałek to też norma.
W centrum tankujemy busy bo paliwo tanie (wyszło nam coś około 3.4 za litr ropy, więc raj na ziemi). Na stacji spotykamy motocyklistę, który próbował odpalić swój wynalazek (bo tylko tak można nazwać część motocykla połączonego z wózkiem). Szło mu to dość śmiesznie, biegł z górki po czym skokiem ninja wpadał na motocykl. Długo nie myśląc pomagamy mu.
Po tym wszystkim uderzamy na autostradę do Rabatu.
Godzina 18 i jesteśmy w Rabacie. Szybkie znalezienie hotelu i załatwienie parkingu.
W hotelu wymarzony prysznic a później na miasto. Tutaj też oczywiście jaja. W pewnym momencie Mokry mnie pyta (jako że byliśmy w pokoju z Mokrym i Jackiem) czy może się napić mojego napoju aloesowego uprzedziłem go że raczej nie bardzo bo to jest olej silnikowy (wziąłem 0.5 litra oleju w razie czego).
Rano się dowiaduje że Jacek tym właśnie olejem popijał tabletki na ból głowy i dziwił się czemu napój aloesowy taki tłusty 🙂 widocznie chłop nie słyszał jak ostrzegam że tego się raczej nie pije hehe.
Idziemy odwiedzić kolegę Hassana którego Woki poznał za pierwszym razem.
Trafiamy w miarę bez problemu, krzyczymy w okienko po czym wyłania się osobnik, Woki go rozpoznaje jako Hassana po czym on zaprasza nas do siebie – malutki pokoik na piętrze w zasadzie.
Próbujemy się z nim jakoś dogadać, ale jest ciężko. Angielskiego ni w ząb, łamany francuski którego nikt z nas nie rozumie, więc jest wesoło. Po 10 minutach przychodzi inny kolega i mega zdziwko.
Okazało się że chłopaczek który nas ugościł to nie Hassan, po prostu Woki gościa nie rozpoznał i siedzieliśmy nie u tego ludka, więc jak widać są bardzo gościnni hehe. Ubaw mieliśmy niezły.
Chwilkę posiedzieliśmy po czym wzięliśmy Hassana i jego kolegę na miasto z nami do pubu, wypiliśmy po piwku, potem szybka szama na mieście, chwila krążenia i powrót do spania, jako że każdy był mocno zmęczony ale i tak samo podekscytowany.


