Ostatni dzień w Rabacie pozostał nam na pakowanie. Wcześnie rano wstajemy, aby spakować się na spokojnie. Jest trochę roboty, przed nami ponad 3,5 tysiąca kilometrów, więc motocykle muszą być dobrze spięte i zabezpieczone. Zajmuje to trochę, ale jak zawsze dajemy radę.

Po spakowaniu motocykli szybka kąpiel, przebranie się i ruszamy do Polski! Nie da się ukryć, że każdy ze smutkiem spogląda przez szybę busa. Fantastyczny kraj, pełen sprzeczności, idealna pogoda jak na ten okres dla nas, wszystko super, jeden jedynu minus? Stanowczo za mało czasu mieliśmy tutaj!
Wracając jeszcze szybkie zdjęcia przez szybę, aby i ten fragment podróży pamiętać. Jak zawsze na ulicach jest sporo policji która kieruje ruchem, nawet na rondach.

Przy okazji udaje mi się ustrzelić rodzinę na motocyklu, nieprawdopodobny widok, można mieć mieszane odczucia.
Trasa nużąca, ale spieszymy się, jako że prom mamy zarezerwowany na godzinę 18. Podczas drogi wieje niesamowicie, przejazd przez most daje się odczuć wszystkim, busami zamiata niesamowocie, mimo że jesteśmy mocno dociążeni, w zasadzie strach pomyśleć jakby te busy były puste. Przybywamy przed czasem. Szybkie zdanie paszportów w celu sprawdzenia i stajemy w kolejce pierwszej. Okazuje się, że czekamy do skanowania. W zasadzie do końca nie wiem co to skanowało, ale efekt był niezły. Auta ustawiały się w szeregu, po czym auto-komban z dużym ramieniem wysięgnikiem przejeżdżało obok i coś sprawdzało. Udało mi się cyknąć jedno zdjęcie, jako że rygorem było standardowe ‘noł foto!’ i to jeszcze troche krzywo, widocznie stres mnie zjadł 🙂

Na szczęście nic nie wyrkyli więc jedziemy dalej. Wjeżdżając do portu, pytamy z górej bramy odpływa nasz przewoźnik (Balearia), dowiadujemy się, że z 9. Jak dojeżdżamy do 9 bramy, pytamy ponownie aby się upewnić, słyszymy w odpowiedzi, że z 4 🙂 czyli już zaczynają sie jaja! Okazuje się, że poprzez wiatr, który naprawdę jest potężny, nasz przewoźnik ma lekkie opóźnienie oraz nie wiadomo do której bramy dobije. Uśredniliśmy wnioski i stanęliśmy przy 5, jako że najwięcej osób z obsługi wspominało coś o numerze 5 🙂

Czekamy cierpliwie i czekamy, mijaja godziny. Chłopaki w traficu zdążyli zrobić porządki ze zdjęciami, my oglądneliśmy „Piłę 4” oraz zjaraliśmy trylion fajek – co nie było ciężkie, bo przy tym wietrze fajka paliła się na 2 buchy w 5 sekund 🙂
Ogólnie wdało nam sie też zdenerwowanie, bo nikt z obsługi nic nie wiedział (pytałem się 3 ludzi) do tego straciliśmy ponad 4 godziny i dalej nic nie wiedzieliśmy a byliśmy głodni i zmęczeni. W zasadzie już myśleliśmy że prom nie przypłynie i będziemy tak czekać do rana, jednak nagle oczon nasyzm ukazał się … prom nasz 🙂 jakaż była radość w busach! Nawet z bramką trafiliśmy, no pięknie wręcz. Sumarycznie prom spóźnił się troszkę ponad 5 godzin, niezła wtopa 🙂 no ale zdarza się, warunki pogodowe.
Jak już zapewne wiadomo przy takim wietrze na promie było mega kolorowo. Część z nas posnęła momentalnie, a Ci co jeszcze mieli siły krążyli po promie, jako że było to wesołe krążenie 🙂 w zasadzie nie dało się iść prosto. My wyczekaliśmy do otworzenia strefy wolnocłowej po czym ruszyliśmy szturmem na szybki szopping, aby nie uschnąć w trasie. Nie ma co się nam dziwić, w Maroku jakoś dziwnie byliśmy odizolowani od alkoholu, więc trzeba było nadrobić te braki.

Po zjechaniu z promu ruszamy w dalszą trasę. Hiszpanie pokonujemy alternatywnymi drogami bezpłatnymi, bo naprawdę warto, jakośc jest super, widoki też i nie trzeba płacić 🙂
Do tego już jest ta pora, że zaczynamy świrować, bo nas nosi, ile można wysiedzieć w busach!

W godzinach południowych jadąć przez Hiszpanię wzdłuż wybrzeża pada niebanalny pomysł – a może by się tak wykąpać w morzu?! Na odpowiedź długo nie trzeba było czekać, pierwszy zjazd, pierwsze miasteczko i jesteśmy.

Jakiż tam był spokój, jaka cisza! Ewidentnie widać, że trafiliśmy na czas siesty. Zero ludzi, zero samochodów, jedynie szum fal, no fantastycznie wręcz! Szybkie zejście w kierunku wody, zdjęcia, chwilowe leżenie, nikomu się nie chce już wracać, tutaj jest błogo! Przy busach jak juz chcemy się pakować da się wyczuć jakiś zapach jedzenia. Pewno ktoś gotuje obiad i tak to czuć, jednak jak się okazuje za rogiem jest miejsowa restauracyjna! Pięknie! Wszyscy jednogłośnie stwierdzamy, że trzeba tutaj zjeść. Cześć z nas zamawia hiszpański przysmak z owoców morza – paella, część tradycyjnie padlinę, do tego piwka, lody, smakołyki 🙂
Obsługa przemiła wręcz, z uśmiechem i na spokojno, mimo że wybrzydzamy bo nie wiemy dokładnie co jest co 🙂

Po zjedzeniu płacimy – w Hiszpanii podobnie jak we Włoszech i prawdopodobnie paru innych krajach, w rachunek wliczony jest napiwek, więc płacimy i pakujemy się ponownie w blaszane puszki.
Hiszpania poszła gładko, Francja też (tutaj drogi płatne, drogie, no ale co zrobić, innych nie ma). We Francji rozdzieliliśmy się, jako że jeden bus jechał do innego miasta jeszcze, więc my lecieliśmy bezpośrednio do Polski przez Niemcy. Udało się … no prawie … no bardzo prawie.
Paredziesiąt kilometrów przed granicą polską przed naszymi oczami ukazuje się niemiecki radiowóz z magicznym napisem „FOLLOW ME” czyli preludium problemów.
Ściągają nas na parking i zaczyna się, najpierw papiery, dokumenty i wszystkie detale, sprawdzenie ładunku i paszporów, tutaj nie mamy co się martwić bo jest wszystko okej. Nagle okazuje się, że chcą nas zważyć, w celu tym wyciagają wagi z busa policyjnego i zaczyna się ważenie nas, czyli robi się coraz cieplej bo ogólnie wiedzieliśmy, że możemy mieć trochę „nadwagi”. Po zważeniu okazuje się, że ową nadwagę mamy, ale nie byle jaką bo 1 tone 🙂 no cóż, przypadek? Nie sądze! Więc kroi się mandat. Początkowo chcieli nam wlepić 400 euro, zeszło do 200 a zapłaciliśmy 100 (szkoła targowania z Maroka!), jednak okazuje się, że płacimy 100 a o decyzji, czy należy zapłacić więcej jeszcze dowiemy się pocztączy czymś, nie wiem.
Mandat wypisany, a policjanci ciekawi co my zrobimy z tym problemem. Wytłumacyzliśmy im, że zrzucimy 3 motocykle i nimi pojedziemy, na co się zgodzili i pojechali.
Więc zaczynami żmudny proces wypakowywania, trochę to zajeło, no ale 3 motocykle stoją i powoli zaczynamy się ubierać.

Tutaj kolejne zdziwienie, podjeżdża BMW 5 nieoznakowane i wysiada dwóch policjantów po cywilu (Niemców dodam, żeby nie było, zresztą polska policja i nieoznakowane bmw 5 hehe, dobre sobie). Z marszu uderzają do motocykli i zaczynają je sprawdzać, a my w zasadzie nie wiemy o co chodzi teraz. Mówimy, że dostaliśmy mandat i dlatego się wypakowywujemy, bo może myśleli że jakiś obwoźne stragany rozkładamy. Okazało się, że oni przyjechali nam dać mandaty za motocykle?! Więc się pytamy o co chodzi, jeden funkcjonariusz (mniejszy, wątlejszy i taki jakiś dziwny, chyba rudy ale farbowany na siwo, bo ten drugi był spoko, taki Hulk tylko nic nie mówił, wiadomo, dobry i zły glina) zaczyna tłumaczyć, a w zasadzie pokazywać, że chodzi o opony, tablice rejestracyjne, wydechy i wspomina coś o kwocie 150 euro w góre. Niezbyt go rozumiemy o co dokładnie chodzi, więc prosimy grzecznie żeby mówił do nas po angielsku, tak jak my do niego mówimy, na co słyszymy (co nas poskładało), że jesteśmy w Niemczech i to my mamy zacząć mówić po niemiecku. Większego buractwa spodziewać się nie mogliśmy, więc my zaczęliśmy po prostu mówić do nich po polsku (a znał angielski bo rozumiał, więc mogliśmy się porozumieć jakoś).
Tłumaczyliśmy chyba z 5 razy, że te motocykle nie jechały po niemieckich drogach, że zostały dopiero ściągnięte z busa i nie były nawet odpalone. Więc oni się nas pytają co z tymi motocyklami będzie. No to troche szach mat 🙂 bo jechać nimi nie możemy, bo posypią się mandaty, na busa wrzucić nie możemy, bo już mamy mandat, czyli wesoło 🙂 Wymyśliliśmy skowyrny plan, że bus pojedzie gdzieś (w miejsce docelowe w wersji oficjalnej), zrzuci ładunej i przyjedzie po 3 motocykle. Tym sposobem unikniemy nadwagi i mandatów na motocykle, YEAH. Policjanci w końcu chyba zrozumieli. Wsiedli w auto i pojechali … całę 20 metrów, po czym stanęli sobie i rozpoczęli procedure zwaną „koczowaniem”. Czyli jak łatwo zauwazyć, byli na nas cięci, nie wiadomo czemu. No nic, więc tak jak powiedzieliśmy, trzeba było zrobić. Bus pojechał do pierwszego zjazdu i poszukał parkingu, gdize zrzucił rzeczy i wrócił po nas. Podczas nieobecności busa, panowanie koczownicy odjechali (czekali ponad 30 minut w zasadzie).
Myśmy koczowali sobie spokojnie z motocyklami siedząc na ławeczce.

Żeby było śmieszniej, podczas tego przejechał jeszcze jeden oznakowany radiowóz zwalniając przy nas i bacznie obserwując. Ja nie wiem, to wszystko wygladało na zorganizowaną akcję przeciwko nam … ale dobra, załóżmy że mega ogromny PRZYPADEK (ale nie sądze!).
Ja w zasadzie zadeklarowałem się, że wrócę już na moto, bo pogoda fajna i nie chce mi się pakować wszystkiego ponownie. Sprytny też wyraził taką chęć, więc było nas dwóch! Pierwszy problem, to taki, że poszukujemy stacji benzynowej na gwałt, jako że motocykle mieliśmy wszyscy ze skrają rezerwą, aby obniżyć wagę busa (co się nie udało hehe). Więc nawigacja i pierwsza lepsza stacja. Na stacji tankujemy tak żeby dolecieć do granicy a Sprytny pompuje jeszcze koło (przypomnę, że w Maroku rozwalił felgę, więc powietrze mu schodziło).
Zatankowani, napompowani to lecimy drogami podrzędnymi (żeby się nie ujawniać) w kierunku Polski. No i tutaj też okazuje się, że jest wesoło. Powietrze w kole u Sprytnego jednak schodzi szybciej niż się spodziewaliśmy. Po przekroczeniu granicy jest kiepsko, ciemno i zimno już niestety, zapada decyzja, że Sprytny wraca na busa.

Koniec końców zostałem sam, w sumie chciałem też do busa hehe 🙂 ale nie było miejsca, bo przy ponownym pakowaniu nie przewidzieliśmy, że będziemy pakować wszystko z powrotem po prostu (ojej). Więc tak czy siak wracam na moto, pod kombinezon wciągam polar, że się ledwo ruszam i wyglądam jak cyborg, ale przynajmniej jest ciepło. No to siup, trasa z Wrocławia do Gliwic chyba nie wymaga szczególnego opisania 🙂 Docieram przed busem (niemożliwe!) na punkt zbiorczy, po czym przez kolejne 2 godziny odtajam bo praktycznie zamarzłem 🙂 temperatura na drodze wahała się 6-7 stopni, spory ruch i do tego zmrok, średnie warunki na motocykl, ale udało się.

Bus dociera po parudziesięciu minutach, wszyscy są cali!
YEAH! Udało się, wróciliśmy!
Wyprawa motocyklami sportowymi w 2 busach do Maroka zakończona sukcesem!
Plan zrealizowany!
I niech ktoś nam coś powie, że się NIE DA! 😀
