Kolejny dzień, pobudka rano. Słońce aż zachęcało do jazdy w zasadzie 🙂 Śniadanko na spokojno, chleb z różnymi miodami, pakowanie i lecimy w trasę.
Cel – Marakesz. Jak zawsze kręte górskie drogi powalają na kolana widokami, grzech się nie zatrzymać w zasadzie 🙂
Niestety jeden postój jest wymuszony przez kolejną awarię motocykla – ponownie kolega który do nas dołączył, ten któremu wcześniej „poszła” chłodnica, tym razem zerwana linka od sprzęgła. Ale taki problem to nie problem, bo na sporcie bez sprzęgła się da jeździć bez problemu, jedynie ruszenie jest trochę cięższe, ale dajemy rade, a Adam resztę drogi jedzie bez sprzęgła po prostu.
Kolejny postój jest wymuszony tym razem głodem, więc standard 🙂 zatrzymujemy się tam gdzie zobaczyliśmy najwięcej lokalnych motocykli i jest najwięcej ludzi 🙂 każdy znajduje sobie coś do jedzenia w zasadzie.
Zaletą tego jest to, że nie jest to żadne centrum, ale przydrożne bazary z jedzeniem, więc cenowo jest bosko. Przykładowo cola w butelce (dużej) kosztuje 2 MAD’y czyli niecałe 80 groszy 🙂 a jedzenie coś w okolicach 5 zł 🙂
W międzyczasie Adam znajduje pseudo sklep motoryzacyjny i kupuje linkę od sprzęgła. Szybki pit stop i sprzęgło działa 😀 nie ma co, na ekipę serwisową to nadajemy się bez dwóch zdań! 🙂
Docieramy w końcu do Marakeszu. Ruch na ulicach jest przeogromny! Ogólnie to co było w Rabacie to jest pryszcz przy tym co się tutaj dzieje, istny drogowy pogrom! 🙂 Małych motocykli jest „w pigułę”, niejednokrotnie nas wyprzedzają, jako że tutaj się nie patyczkują z jazdą 🙂 na takich wynalazkach (coś na zasadzie motoroweru, silnik odpalany z pedałów – kosmos). Na sportach tutaj ciężko, bo asfalt jest przeokrutnie śliski, za to wzbudzamy zainteresowanie wszystkich przechodniów. Nie da się ukryć, że chyba nie często widzi się bandę 10 sportowych motocykli w szyku.
Na postoju praktycznie co chwilę ktoś chcę sobie robić zdjęcia, bardzo fajnie 🙂 śmiało!
W Marakeszu znajdujemy nocleg w hotelu na DACHU, przekozak ogólnie. W hotelu recepcjonista zdziwiony, bo nie dowierza że ktoś chce spać na dachu (mimo że są tam miejsca) bo przecież jest według niego okropnie zimno, jednak nie dla nas. Widok na niebo przy zgiełku miasta, bajka!
Wzięliśmy jeden pokój, żeby tam zrzucić sobie rzeczy po prostu.
Po wrzuceniu gratów do pokoju uderzamy na miasto nocą, bo to obowiązek.
Główny plac jest ogromny, ludzi w pierony, hałas, zgiełk, grajkowie, zapachy, tego nie da się opisać, piękna gra świateł i oczywiście stragany, pełne przypraw i owoców.

Tutaj trzeba uważać na zdjęcia bo jak ktoś zauważy to od razu chce za to pieniądze.
Ekipa rozbija się jako że niektórzy chcą odpocząć po trasie, my w mniejszym składzie uderzamy dalej na miasto. Ciśniemy się w uliczki gdzie nikogo nie ma, tylko strach w zasadzie, ale co tam 🙂 damy radę.
A tak a propo, to jak się zatrzymaliśmy po wjechaniu do Marakeszu i czekaliśmy aż znajdziemy hotel to spotkaliśmy polskich turystów, jak się okazało przyjechali tutaj na wspinaczkę, równe chłopaki. Oni nam w zasadzie powiedzieli gdzie możemy dostać piwo więc za ich radą odwiedzamy ten lokal.
Oczywiście i tym razem nie jesteśmy zawiedzeni. W lokalu wpełzamy na ostatnie piętro, tak zwany sky bar, no super sprawa, ten wystrój, muzyka, zapachy i co najważniejsze, JEST PIWO (tak to jest rarytas, bo znaleźć gdziekolwiek lokal z piwem to graniczy z cudem). Ceny jakby w prestiżwoymlokalu w Warszawie, jedno piwo małe 0.25 ml 65 MAD czyli jakieś 30 zł 🙂 ale ponoć jest happy hours, więc za tą cenę dostaje się dwa, szaleństwo! Więc zasiadamy i robimy sobie parę kolejek.
Po wyjściu z lokalu oczywiście towarzyszy nam „gastro faza” więc ruszamy w poszukiwaniu jedzenia. Znajdujemy, nie gdzie indziej, jak na jakimś partyzanckim stoisku. Woki z Tytusem zaliczają ślimaki, jednak to im nie wystarcza i siadamy wszyscy na lokalny tadzin.


Po zjedzeniu opcja spanie więc wracamy do hotelu i każdy z nas zawija się w swój kokon na noc na dachu!
Noc faktycznie chłodna, ale dajemy radę. Poranek znowu powala na kolana, budzi nas piękne słońce, cud malina!
Rano nie tracąc czasu szybko jeszcze biegniemy na miasto na stragany. Marakesz słynie z przypraw i to da się zauważyć.
Jako że był to poranek to trzeba było ogarnąć sobie jakieś śniadanie. Dorywamy mały lokalik i jak się okazuje mają omlety, więc decydujemy się na omleta z szynką i serem, dodatkowo sok z agawy. Polecam strasznie, syte i dobre, płacimy coś w okolicach 30 MAD.
Szybkie zakupy jeszcze na mieście i ruszamy dalej w trasę, następny cel to Warzazat.

